View Single Post
stare 01-12-2016, 20:44   #24
Kati
Moderator
 
Avatar Kati
 
Zarejestrowany: Sep 2009
Postów: 9,426
Exclamation Warto przeczytać !!!!!!! Oj warto !!!!



Po prześledzeniu różnych dyskusji, toczących się w internecie, jak również po dużej ich próbce w realu zainteresował mnie pewien aspekt – eee – osobowości działacza organizacji prozwierzecej, który się z tych rozmów wyłonił.
Krótki przewodnik dla ludzi którzy chcieliby porozmawiać z przedstawicielami tej czy innej fundacji od psów, kotów czy koni:
  • – nigdy nie sugerować że pod ich opieką znajduje się za dużo zwierząt (nawet gdy gołym okiem widać że to czysta prawda)
  • – pod żadnym pozorem nie pytać o dokładne sprawozdania z działalności, dopytywać co to w ich przypadku znaczą np. koszta administracyjne, prosić o wyjaśnienie co, dokładnie, kryje się pod hasełkiem wypisanym przez lekarza na opasłej fakturze: „usługa weterynaryjna”
  • – nie polemizować z wszelkimi zaleceniami odnośnie utrzymania, wychowania, leczenia zwierząt, jakie aktualnie podają jako obowiązujące.
Poruszenie któregoś z tych tematów powoduje (z początku, zanim się nie wejdzie w rytm tych naparzanek, niezrozumiałą) histerię, objawiającą się, oprócz oczywistych obelg w stronę interlokutora , sugerowaniem iż „nic tylko gada” podczas gdy nieszczęsny działacz / wolontariusz ciężko tyra, no i, clou: „od lat nie wyjechał na urlop”. Dobra, bądźmy uczciwi: nie wyjechałA na urlop, bowiem na ogół po ten argument sięgają panie. Panowie fundacyjni poprzestają raczej na prymitywnym obrażaniu rozmówcy.
Panie są rozżalone tym, że świat ich nie docenia. Prawda jest taka, że nie rozumieją, iż jak najbardziej docenia, tylko czasem zauważa że to i owo w ich działalności nie jest doskonałe – co, w obliczu ich jawnego wypalenia tą robotą stanowi, jak się okazuje, duże faux pas.



„Jeżdżenie na mopie” także stało się popularnym elementem wzbudzania poczucia winy w P.T. Struchlałej Publiczności.
Ja doskonale rozumiem, że bezustanny smrodek, ciągłe wycieranie psich czy kocin wydzielin, ciężka fizyczna praca to coś, co naprawdę może wykończyć.
Jednak śmiem twierdzić, że, po pierwsze, dokładnie tak samo czują się czasem hodowcy zwierzaków albo opiekunowie egzotycznych stworzeń w ZOO; po drugie, jeśli ta robota naprawdę zajmuje komuś dwanaście godzin na dobę bez przerwy, to może bez pudła określić się jako zbieracza zwierząt – animal hoardera – i zacząć szukać pomocy, bo po prostu nabrał za dużo podopiecznych żeby to się dało przewalić. A skoro ma aż takie kłopoty z realną oceną sytuacji, to jest źle z nim, a nie ze światem który go nie docenia albo śmie krytykować.



Z jeszcze innej strony, w ogóle kontakty ze zwierzątkami to rzecz dość brudna (pisaliśmy o tym tutaj, na przykład). Zasadniczo zmiana kierunku działalności i obiektu zainteresowania (na przykład przerobienie fundacji prozwierzecej na stowarzyszenie na rzecz ochrony zabytków) może wydatnie zmniejszyć nasz problem codziennego stykania się z sierścią, błotem, krwią i produktami przemiany materii tego czy innego gatunku zwierzątek.
Kiedy zajmiemy się zabytkowymi obiektami architektonicznymi, może nam grozić co najwyżej spadająca na głowę cegła, ale za to mamy niemal pewność że nie będzie żadnych wymiotów i mopów.
Wracając do naszych pań i panów Nie-Miałem-Urlopu-Od-Lat: wydaje się, że w tym całym efekcie silnego pobudzenia, żeby nie rzec: rozdrażnienia chodzi, tak naprawdę, o psychologiczny mechanizm polegający na tym, że wielu działaczy organizacji prozwierzęcych w pewnym momencie trochę zanadto się zaczyna przejmować własną misją i własną osobą w tejże misji osadzoną.




Nie chodzi już o to, że ktoś jest szewcem, ktoś nauczycielem, inny ktoś specjalistą od public relations, a kolejny ktoś – „działaczem organizacji prozwierzęcej”, tylko o to, że przez fakt że wybraliśmy taki, a nie inny rodzaj działalności należy się nam jakiś szczególny szacunek i szczególne względy. No bo my się tu poświęcamy i – uwaga – „jeździmy na mopie”, i „nie mieliśmy urlopu od lat” a tu jakiś baran ośmiela się spytać nas o jakieś nieważne (w świetle spraw ważniejszych, czyli opieki nad zwierzątkami albo jeżdżenia na interwencje) kwestie typu rozliczenie wpłaconej nam przez darczyńców kasy czy coś w tym stylu.
Najlepsze, że jak pani salowa w szpitalu – która, o rany, jeździ na mopie, wylewa z basenów śmierdzące siki, roznosi ciężkie wiadra, nie jeździ na urlopy, bywa strasznie zmęczona i tak dalej, i jest opłacana z funduszu publicznego (jeśli szpital jest wciąż jeszcze państwowy, a takie, cóż, na ogół u nas bywają) – źle wykonuje swoją robotę, to na ogół w końcu wylatuje z gwizdem.
Ludkowie zaś którzy finansują swoją działalność z publicznych zbiórek w ogóle nie widzą związku pomiędzy faktem, że ktoś na tę działalność łoży, a obowiązkiem rozliczenia się z tych pieniędzy.
Oczywiście, krzywdzące byłoby wsadzać wszystkich do jednego wora, ale bardzo interesująca jest ogromna nerwowość opanowująca wielu przedstawicieli fundacji przy jakimkolwiek napomknięciu o przejrzystości, prowadzeniu dokładnej rachunkowości, dokładnych sprawozdaniach i tak dalej.
W rozmowach na ten temat część z nich wręcz sugeruje, że samo pytanie o pieniądze jest czymś wysoce niewłaściwym, co więcej, kto zadaje owo pytanie, tym samym „oskarża ich o malwersacje” – co jest już arcymistrzostwem idiotyzmu.
Generalnie: najlepsi są darczyńcy którzy puszczają przelew i wychwalają niestrudzonych obrońców zwierząt pod niebiosa, lajkując kolejne posty o następnym strasznym przypadku, i nigdy nie zadają żadnych merytorycznych pytań.
No bo każde pytanie albo krytyka to występek przeciwko prozwierzątkowcowi, a on ma bardzo ciężkie życie więc nie wolno go w żaden sposób ruszyć. A na głupie rozliczenia i księgowości nie ma czasu bo nic ino sprząta, karmi albo jeździ do weterynarza.




Źródło: Library of Congress, USA Znów: jeśli jest aż tak źle, znaczy że twoja pomoc stanie się lada chwila (albo już stała) nieefektywna bo jesteś zbieraczem, a nie pomagaczem, koniec, kropka. Wszystkich zwierząt nie uratujesz, świata nie zbawisz, skoncentruj się na niewielu podopiecznych, ale rób to dobrze i z sensem (wliczając w to zajmowanie się innymi przedmiotami, niż mop albo miski, i uwzględniając fakt że masz obowiązek odpocząć, bo inaczej będzie z ciebie opiekun jak z koziej dupy trąba, wykończony, przemęczony, wypalony, bezlitosny i z milionem pretensji do świata).
To, że ów mechanizm uznania się za świętego działa i jest dość wyraźnie dostrzegalny dla otoczenia, widać po spektakularnych przykładach zacharapcenia psów właścicielskich przez tę czy inną fundację. W przeważającej większości takich przypadków prawdziwe problemy właściciela (i jego psa) – do tragicznej śmierci z dala od siebie włącznie – zaczynały się od momentu gdy obywatel zaczynał się stawiać, nie był odpowiednio pokorny, dawał do zrozumienia że nie uważa przedstawicieli organizacji za wspaniałych, wszechwiedzących i wszechwładnych,
Ot, choćby starszy pan który odmówił zrzeczenia się własnego, bardzo kochanego i kochającego psa bo nie widział powodu dla którego miałby się na tak parszywy układ godzić podpisał na siebie tym samym wyrok, bowiem nadepnął na nadęte jak balon ego szefowej pewnej grupy prozwierzątkowców. Został ukarany właśnie za to, a nie za rzekome „zaniedbania” których się wobec swojego wiekowego zwierzaka, jakoby, dopuścił. Zwierzę zaś trafiło w warunki po stokroć gorsze, niż te, w których przez całe życie bytowało, także dlatego że jego właściciel się nie czołgał u stóp współczesnych świętych, to znaczy pań i panów którzy się taaaak strasznie poświęcają dla dobra zwierzątek.




Ludkowie fundacyjni w pewnym momencie życia i działalności naprawdę nie dopuszczają jakiegokolwiek sprzeciwu w jakiejkolwiek sprawie związanej ze zwierzętami. Są przekonani że mają jedynie słuszną wizję zwierzęcego świata: sposobu dbania o zwierzaki, ich karmienia, leczenia, wychowywania, utrzymania, i tak dalej, i tak dalej – i o ile zupełnie oczywiste jest że w przypadkach jawnego znęcania się na pewno wiedzą lepiej od dręczyciela, że to co on wyprawia jest złe…, to niestety zaczynają tych swoich przekonań używać, niczym cepa, do młócenia innych, najzupełniej niewinnych obywateli, tych mniej ważnych: laików, nie będących częścią Układu Humanitarystów.




Najśmieszniejsze kiedy dochodzi, nieraz nader spektakularnie, do zderzenia jednego humanitarysty z innym, co prowadzi w szybkim czasie do tzw. NGO Wars, obserwowanych przez rozochoconą publikę w internecie, najczęściej w mediach społecznościowych. Leje się ślina, jad i wirtualna krew bo jedna fundacja „piętnuje” drugą albo „obnaża” jej ciemne sprawki; zaś ów pogardzany lud pozostający poza strukturą wszelkiego rodzaju fundacyj stopniowo zaczyna odkrywać że, jakby to rzec? jak mawia przysłowie: „wart Pac pałaca!” i tyle.
W sumie należy się cieszyć, że coraz więcej darczyńców – albo tylko ot, przeciętnych obywateli – zaczyna przyglądać się sprawom nieco wnikliwiej, niż tylko wykonując przelewik i umieszczając pracowicie kolejne serduszko czy komiksowego pieska na stronie popieranej organizacji. Czy ucierpią na tym zwierzęta? Ależ nie. To tylko prostacka propaganda, takie zdanie – wytrych mające uzasadniać omertę panującą dotąd w humanitarystycznym światku. Im mniej w nim szalonych zbieraczy z alibi formalnej organizacji, ludzi z przerośniętym ego i problemami psychologicznymi, łże-inspektorów po parogodzinnych kursach „dobrostanu zwierząt”, tym łatwiej będzie prowadzić działania tym, którzy zachowują zdrowy rozsądek. A tylko ludzie rozsądni nadają się do decydowania o losach bezbronnych zwierzaków.
Kati jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem