W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Dodatkowe informacje o cookies: www.wszystkoociasteczkach.pl. Pliki cookies naszego serwisu wykorzystywane są jedynie do celów statystycznych oraz związanych z obsługą serwisu. W celu akceptacji cookie naciśnij przycisk " lub opuść stronę.
forum.rottweilery.info
 

Wróć   FORUM ROTTWEILER > W POTRZEBIE/In need > Rottweiler do adopcji/Adopt a rottweiler

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
stare 23-11-2013, 19:06   #21
Kojak
Przyjaciel
 
Avatar Kojak
 
Zarejestrowany: Oct 2011
Postów: 3,777
Domyślnie

Cytat:
Napisał madzik! Zobacz post
Korzystając z faktu, ze władze fundacji czytają napisze kilka słów od siebie...

Ja to chyba coś przegapiłam, bo pewne osoby to już są tak mądre i 'naumiane' w temacie kynologii, ze piszą...:



To jedno sformułowanie... o prawdziwej miłości i przedłużaniu wartościowej linii... to mi tak sorry 'pseudo' zalatuje, albo ludźmi którzy uważają ze jak suczka nie ma przynajmniej raz szczeniaków to coś tam nawet nie chce pamiętać co.

Bo nie każdy pies musi być reproduktorem, tak jak nie każda suczka nawet jak uzyska uprawnienia hodowlane będzie rodzic szczeniaki...

W statucie Fundacji jest zapisane, ze:



Ale skoro tak chętnie i obszernie wypowiadają się na FB to może odpiszą na kilka pytań, na które nie odpisują na forum fundacji:
  • Co z ESKA Bastemaro wyadoptowaną do hodowli... cisza o niej na forum... Pojawiła się na wystawie w Sopocie 2 lata temu i... ???
  • Co z jedna z suczek MAREMMANO-ABRUZZESE wyadoptowaną do sąsiada pani dyrektor... suczka nie wiadomo czy wysterylizowana wy adoptowaną do domu, gdzie był niewykastrowany Labrador... jedzie to sprawdzić kilka osób i chyba dojechać nie mogą...? Żeby było jasne… adopcja miała miejsce w 2011 roku…
  • A co z mamą naszej Nadii - ASANKA Bastemaro, jej właścicielka porzuciła drugiego psa, którego wyadoptowała z ROTT'a... miała być interwencja minęło pól roku i cisza... fundacja ma zaufanie do osoby, która porzuca psa w zamkniętym mieszkaniu skazując go na śmierć z głodu i pragnienia...???

Wiele jest takich pytań... zadane na profilu FB fundacji zostaną wykasowane, na forum brak jest odpowiedzi... a zadane w innym miejscu są jątrzeniem i słownym "hejterski" onanizmem...

Bo jedynym prawem, jakie maja osoby, które czynnie pomagały w fundacji to płacić pomagać i nie zadawać pytań i nie mieć wątpliwości, co do działań... a najbardziej pożądana cecha jest naiwność i łatwowierność...

I nie chodzi tu moje osobiste urazy… chodzi o dobro psów, o którym tak czesto przy okazji zadawanych pytań pisza władze fundacji...
Bo odpowiedzialność fundacji za adopcje nie kończy sie na podpisaniu umowy i zainkasowaniu opłaty adopcyjnej na konto, i przeniesieniu wątku do działu 'W nowym domu'
dzięki Madzik,że napisałaś te słowa.

Wielkie brawa za przedstawienie, w tych paru zdaniach , działalności ludzi ''kochających zwierzęta''.
Teraz może ludzie zanim wpłacą na konto Fundacji złotówkę , zaczną zastanawiać się na co idę ich pieniądze.


Kati pamiętasz naszą rozmowę , trzy lata temu na temat osób z Fundacji?
Wyszło na moje, a nie mówiłam.
Kojak jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
stare 23-11-2013, 19:46   #22
DRAGON
Senior Member
 
Avatar DRAGON
 
Zarejestrowany: Apr 2010
Postów: 500
Domyślnie

A tak jeszcze dla ścisłości dodam że BYLI WOLONTARIUSZE NIE SĄ LUDŹMI PEŁNYMI ZŁOŚCI I NIE BRAKUJE IM MIŁOŚCI DO ROTTWEILERÓW !!! BYLI WOLONTARIUSZE TO LUDZIE PEŁNI ŻALU , ROZCZAROWAŃ ,ZAWIEDZIONYCH NADZIEI NA RZETELNĄ POMOC ROTTKOM .LUDZIE KTÓRZY ZOSTALI WCIĄGNIĘCI W PRZEPYCHANKI PERSONALNE NIE MAJĄCE NIC WSPÓLNEGO Z POMOCĄ PSOM.MYŚLĘ ŻE NAJWYŻSZY CZAS ABY ZARZĄD POMORSKIEJ ZASTANOWIŁ SIĘ DLACZEGO TYLE OSÓB ODESZŁO , ZAMIAST ICH OPLUWAĆ NA KAŻDYM KROKU . A PISANIE O BRAKU MIŁOŚCI DO RASY JEST WPROST CHAMSTWEM !!!! PONIEWAŻ CI LUDZIE ODESZLI WŁAŚNIE DLATEGO ŻE KOCHAJĄ ROTTKI A PRZESTAŁA IM SIĘ PODOBAĆ POKRĘTNA POLITYKA FUNDACJI
I TO BY BYŁO NA TYLE
DRAGON jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
stare 23-11-2013, 20:17   #23
Kojak
Przyjaciel
 
Avatar Kojak
 
Zarejestrowany: Oct 2011
Postów: 3,777
Domyślnie

Cytat:
Napisał DRAGON Zobacz post
A tak jeszcze dla ścisłości dodam że BYLI WOLONTARIUSZE NIE SĄ LUDŹMI PEŁNYMI ZŁOŚCI I NIE BRAKUJE IM MIŁOŚCI DO ROTTWEILERÓW !!! BYLI WOLONTARIUSZE TO LUDZIE PEŁNI ŻALU , ROZCZAROWAŃ ,ZAWIEDZIONYCH NADZIEI NA RZETELNĄ POMOC ROTTKOM .LUDZIE KTÓRZY ZOSTALI WCIĄGNIĘCI W PRZEPYCHANKI PERSONALNE NIE MAJĄCE NIC WSPÓLNEGO Z POMOCĄ PSOM.MYŚLĘ ŻE NAJWYŻSZY CZAS ABY ZARZĄD POMORSKIEJ ZASTANOWIŁ SIĘ DLACZEGO TYLE OSÓB ODESZŁO , ZAMIAST ICH OPLUWAĆ NA KAŻDYM KROKU . A PISANIE O BRAKU MIŁOŚCI DO RASY JEST WPROST CHAMSTWEM !!!! PONIEWAŻ CI LUDZIE ODESZLI WŁAŚNIE DLATEGO ŻE KOCHAJĄ ROTTKI A PRZESTAŁA IM SIĘ PODOBAĆ POKRĘTNA POLITYKA FUNDACJI
I TO BY BYŁO NA TYLE
Masz rację Dragon.
Kojak jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
stare 01-12-2016, 20:44   #24
Kati
Moderator
 
Avatar Kati
 
Zarejestrowany: Sep 2009
Postów: 9,419
Exclamation Warto przeczytać !!!!!!! Oj warto !!!!



Po prześledzeniu różnych dyskusji, toczących się w internecie, jak również po dużej ich próbce w realu zainteresował mnie pewien aspekt – eee – osobowości działacza organizacji prozwierzecej, który się z tych rozmów wyłonił.
Krótki przewodnik dla ludzi którzy chcieliby porozmawiać z przedstawicielami tej czy innej fundacji od psów, kotów czy koni:
  • – nigdy nie sugerować że pod ich opieką znajduje się za dużo zwierząt (nawet gdy gołym okiem widać że to czysta prawda)
  • – pod żadnym pozorem nie pytać o dokładne sprawozdania z działalności, dopytywać co to w ich przypadku znaczą np. koszta administracyjne, prosić o wyjaśnienie co, dokładnie, kryje się pod hasełkiem wypisanym przez lekarza na opasłej fakturze: „usługa weterynaryjna”
  • – nie polemizować z wszelkimi zaleceniami odnośnie utrzymania, wychowania, leczenia zwierząt, jakie aktualnie podają jako obowiązujące.
Poruszenie któregoś z tych tematów powoduje (z początku, zanim się nie wejdzie w rytm tych naparzanek, niezrozumiałą) histerię, objawiającą się, oprócz oczywistych obelg w stronę interlokutora , sugerowaniem iż „nic tylko gada” podczas gdy nieszczęsny działacz / wolontariusz ciężko tyra, no i, clou: „od lat nie wyjechał na urlop”. Dobra, bądźmy uczciwi: nie wyjechałA na urlop, bowiem na ogół po ten argument sięgają panie. Panowie fundacyjni poprzestają raczej na prymitywnym obrażaniu rozmówcy.
Panie są rozżalone tym, że świat ich nie docenia. Prawda jest taka, że nie rozumieją, iż jak najbardziej docenia, tylko czasem zauważa że to i owo w ich działalności nie jest doskonałe – co, w obliczu ich jawnego wypalenia tą robotą stanowi, jak się okazuje, duże faux pas.



„Jeżdżenie na mopie” także stało się popularnym elementem wzbudzania poczucia winy w P.T. Struchlałej Publiczności.
Ja doskonale rozumiem, że bezustanny smrodek, ciągłe wycieranie psich czy kocin wydzielin, ciężka fizyczna praca to coś, co naprawdę może wykończyć.
Jednak śmiem twierdzić, że, po pierwsze, dokładnie tak samo czują się czasem hodowcy zwierzaków albo opiekunowie egzotycznych stworzeń w ZOO; po drugie, jeśli ta robota naprawdę zajmuje komuś dwanaście godzin na dobę bez przerwy, to może bez pudła określić się jako zbieracza zwierząt – animal hoardera – i zacząć szukać pomocy, bo po prostu nabrał za dużo podopiecznych żeby to się dało przewalić. A skoro ma aż takie kłopoty z realną oceną sytuacji, to jest źle z nim, a nie ze światem który go nie docenia albo śmie krytykować.



Z jeszcze innej strony, w ogóle kontakty ze zwierzątkami to rzecz dość brudna (pisaliśmy o tym tutaj, na przykład). Zasadniczo zmiana kierunku działalności i obiektu zainteresowania (na przykład przerobienie fundacji prozwierzecej na stowarzyszenie na rzecz ochrony zabytków) może wydatnie zmniejszyć nasz problem codziennego stykania się z sierścią, błotem, krwią i produktami przemiany materii tego czy innego gatunku zwierzątek.
Kiedy zajmiemy się zabytkowymi obiektami architektonicznymi, może nam grozić co najwyżej spadająca na głowę cegła, ale za to mamy niemal pewność że nie będzie żadnych wymiotów i mopów.
Wracając do naszych pań i panów Nie-Miałem-Urlopu-Od-Lat: wydaje się, że w tym całym efekcie silnego pobudzenia, żeby nie rzec: rozdrażnienia chodzi, tak naprawdę, o psychologiczny mechanizm polegający na tym, że wielu działaczy organizacji prozwierzęcych w pewnym momencie trochę zanadto się zaczyna przejmować własną misją i własną osobą w tejże misji osadzoną.




Nie chodzi już o to, że ktoś jest szewcem, ktoś nauczycielem, inny ktoś specjalistą od public relations, a kolejny ktoś – „działaczem organizacji prozwierzęcej”, tylko o to, że przez fakt że wybraliśmy taki, a nie inny rodzaj działalności należy się nam jakiś szczególny szacunek i szczególne względy. No bo my się tu poświęcamy i – uwaga – „jeździmy na mopie”, i „nie mieliśmy urlopu od lat” a tu jakiś baran ośmiela się spytać nas o jakieś nieważne (w świetle spraw ważniejszych, czyli opieki nad zwierzątkami albo jeżdżenia na interwencje) kwestie typu rozliczenie wpłaconej nam przez darczyńców kasy czy coś w tym stylu.
Najlepsze, że jak pani salowa w szpitalu – która, o rany, jeździ na mopie, wylewa z basenów śmierdzące siki, roznosi ciężkie wiadra, nie jeździ na urlopy, bywa strasznie zmęczona i tak dalej, i jest opłacana z funduszu publicznego (jeśli szpital jest wciąż jeszcze państwowy, a takie, cóż, na ogół u nas bywają) – źle wykonuje swoją robotę, to na ogół w końcu wylatuje z gwizdem.
Ludkowie zaś którzy finansują swoją działalność z publicznych zbiórek w ogóle nie widzą związku pomiędzy faktem, że ktoś na tę działalność łoży, a obowiązkiem rozliczenia się z tych pieniędzy.
Oczywiście, krzywdzące byłoby wsadzać wszystkich do jednego wora, ale bardzo interesująca jest ogromna nerwowość opanowująca wielu przedstawicieli fundacji przy jakimkolwiek napomknięciu o przejrzystości, prowadzeniu dokładnej rachunkowości, dokładnych sprawozdaniach i tak dalej.
W rozmowach na ten temat część z nich wręcz sugeruje, że samo pytanie o pieniądze jest czymś wysoce niewłaściwym, co więcej, kto zadaje owo pytanie, tym samym „oskarża ich o malwersacje” – co jest już arcymistrzostwem idiotyzmu.
Generalnie: najlepsi są darczyńcy którzy puszczają przelew i wychwalają niestrudzonych obrońców zwierząt pod niebiosa, lajkując kolejne posty o następnym strasznym przypadku, i nigdy nie zadają żadnych merytorycznych pytań.
No bo każde pytanie albo krytyka to występek przeciwko prozwierzątkowcowi, a on ma bardzo ciężkie życie więc nie wolno go w żaden sposób ruszyć. A na głupie rozliczenia i księgowości nie ma czasu bo nic ino sprząta, karmi albo jeździ do weterynarza.




Źródło: Library of Congress, USA Znów: jeśli jest aż tak źle, znaczy że twoja pomoc stanie się lada chwila (albo już stała) nieefektywna bo jesteś zbieraczem, a nie pomagaczem, koniec, kropka. Wszystkich zwierząt nie uratujesz, świata nie zbawisz, skoncentruj się na niewielu podopiecznych, ale rób to dobrze i z sensem (wliczając w to zajmowanie się innymi przedmiotami, niż mop albo miski, i uwzględniając fakt że masz obowiązek odpocząć, bo inaczej będzie z ciebie opiekun jak z koziej dupy trąba, wykończony, przemęczony, wypalony, bezlitosny i z milionem pretensji do świata).
To, że ów mechanizm uznania się za świętego działa i jest dość wyraźnie dostrzegalny dla otoczenia, widać po spektakularnych przykładach zacharapcenia psów właścicielskich przez tę czy inną fundację. W przeważającej większości takich przypadków prawdziwe problemy właściciela (i jego psa) – do tragicznej śmierci z dala od siebie włącznie – zaczynały się od momentu gdy obywatel zaczynał się stawiać, nie był odpowiednio pokorny, dawał do zrozumienia że nie uważa przedstawicieli organizacji za wspaniałych, wszechwiedzących i wszechwładnych,
Ot, choćby starszy pan który odmówił zrzeczenia się własnego, bardzo kochanego i kochającego psa bo nie widział powodu dla którego miałby się na tak parszywy układ godzić podpisał na siebie tym samym wyrok, bowiem nadepnął na nadęte jak balon ego szefowej pewnej grupy prozwierzątkowców. Został ukarany właśnie za to, a nie za rzekome „zaniedbania” których się wobec swojego wiekowego zwierzaka, jakoby, dopuścił. Zwierzę zaś trafiło w warunki po stokroć gorsze, niż te, w których przez całe życie bytowało, także dlatego że jego właściciel się nie czołgał u stóp współczesnych świętych, to znaczy pań i panów którzy się taaaak strasznie poświęcają dla dobra zwierzątek.




Ludkowie fundacyjni w pewnym momencie życia i działalności naprawdę nie dopuszczają jakiegokolwiek sprzeciwu w jakiejkolwiek sprawie związanej ze zwierzętami. Są przekonani że mają jedynie słuszną wizję zwierzęcego świata: sposobu dbania o zwierzaki, ich karmienia, leczenia, wychowywania, utrzymania, i tak dalej, i tak dalej – i o ile zupełnie oczywiste jest że w przypadkach jawnego znęcania się na pewno wiedzą lepiej od dręczyciela, że to co on wyprawia jest złe…, to niestety zaczynają tych swoich przekonań używać, niczym cepa, do młócenia innych, najzupełniej niewinnych obywateli, tych mniej ważnych: laików, nie będących częścią Układu Humanitarystów.




Najśmieszniejsze kiedy dochodzi, nieraz nader spektakularnie, do zderzenia jednego humanitarysty z innym, co prowadzi w szybkim czasie do tzw. NGO Wars, obserwowanych przez rozochoconą publikę w internecie, najczęściej w mediach społecznościowych. Leje się ślina, jad i wirtualna krew bo jedna fundacja „piętnuje” drugą albo „obnaża” jej ciemne sprawki; zaś ów pogardzany lud pozostający poza strukturą wszelkiego rodzaju fundacyj stopniowo zaczyna odkrywać że, jakby to rzec? jak mawia przysłowie: „wart Pac pałaca!” i tyle.
W sumie należy się cieszyć, że coraz więcej darczyńców – albo tylko ot, przeciętnych obywateli – zaczyna przyglądać się sprawom nieco wnikliwiej, niż tylko wykonując przelewik i umieszczając pracowicie kolejne serduszko czy komiksowego pieska na stronie popieranej organizacji. Czy ucierpią na tym zwierzęta? Ależ nie. To tylko prostacka propaganda, takie zdanie – wytrych mające uzasadniać omertę panującą dotąd w humanitarystycznym światku. Im mniej w nim szalonych zbieraczy z alibi formalnej organizacji, ludzi z przerośniętym ego i problemami psychologicznymi, łże-inspektorów po parogodzinnych kursach „dobrostanu zwierząt”, tym łatwiej będzie prowadzić działania tym, którzy zachowują zdrowy rozsądek. A tylko ludzie rozsądni nadają się do decydowania o losach bezbronnych zwierzaków.
Kati jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
stare 17-12-2016, 18:23   #25
Julia
Lemur u władzy
 
Avatar Julia
 
Zarejestrowany: Sep 2009
Skąd: Poznań
Postów: 4,141
Domyślnie

Nie sposób się z tym nie zgodzić.
Mysle, że więcej osób by pomagało jeśli kontakt z fundacjami był łatwiejszy a one same bardziej otwarte na ludzi i ich pytania, różne pytania bo przecież nie każdy wszystko ogarnia i nie każdy zna się na tym jak działają fundacje. Nigdy nie rozumiem afer o rozliczenia bo w moim mniemaniu jesli się jest "czystym" to nie powinno to stanowić żadnego problemu.
Tak jak nigdy nie zrozumiem udostępniania "dziwnych" faktur za leczenie zwierząt tym bardziej, że sama mając kilka psów odwiedzam różnych wetów od czasu do czasu i czasem mam wrażenie, że cennik dla fundacji jest inny...
To takie moje przemyślenia. Wszystko to składa się na to, ze wolę pomóc konkretnej osobie niż przelać tą samą kwotę na jakąś fundację pro zwierzęcą nie wiedząc tak na prawdę na co zostanie ona przeznaczona.
Julia jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
stare 24-01-2017, 22:16   #26
Kati
Moderator
 
Avatar Kati
 
Zarejestrowany: Sep 2009
Postów: 9,419
Exclamation Warto poczytać.... wnioski same przyjdą.



Terror obrońców zwierząt. Kradzieże i fałszywe oskarżenia
Psie nieszczęście trzeba umieć sprzedać, wiedzą o tym fundacje zajmujące się pomocą czworonogom. Psy, które mają potencjał, by zebrać w internecie dużo pieniędzy od hojnych darczyńców są pod byle pretekstem zabierane właścicielom lub wykradane innym organizacjom.
/ Straż miejska

Starszy pan powoli idzie chodnikiem. W jednej ręce ma laskę i smycz z niecierpliwą suczką. Nie nadąża za zwierzęciem, próbuje je powstrzymać. W pewnym momencie podbiega do niego kobieta, wyrywa psa i znika. - Mój tata jest po wylewie - opowiada Anna Niesyn. - Strasznie się zdenerwował.

Początkowo jeździli po osiedlu szukając psa lub tej kobiety. Potem pani Anna poszła na komisariat złożyć doniesienie o kradzieży. Tam dowiedziała się, że i ojciec, i ona znęcają się nad suczką Mają. - Myślałam, że za chwilę trafi na dołek - opowiada. - Albo zejdę na zawał od słuchania, jak to my Maję katujemy.
Tajemnicza kobieta okazała się aktywistką organizacji prozwierzęcej.

Michał Kowalski był kiedyś wolontariuszem w schronisku, wyprowadzał psy na spacery. Teraz prowadzi czarną listę organizacji prozwierzęcych i prywatną krucjatę przeciwko ludziom, którzy na ratowaniu piesków i kotków robią interes życia.



Katalog psich nieszczęść

- Ustawa o ochronie praw zwierząt, która miała poprawić ich los, wyhodowała patologię – uważa Kowalski. – Dała każdemu, kto wydrukuje sobie legitymację „obrońcy zwierząt” prawo do decydowania o ich życiu, a przy okazji życiu ich właścicieli.

W każdym pliku inna psia – czasem kocia – historia: publiczne wypowiedzi, w których prawdy jest niewiele, groźby, zdjęcia a nawet nagrania rozmów telefonicznych. Większość dotyczy bezprawnego przejęcia zwierząt, mówiąc wprost, kradzieży. Pies Lucky zabrany kilka miesięcy temu w Poddębicach. Miał chore oko. I 16 lat. Jego zdjęcia na facebookowym wydarzeniu poruszyły wrażliwe serca, hojnie płynęły datki. Zwłaszcza, że wolontariuszki napisały, że ma trzy lata, a wygląd to skutek złego traktowania. I że został "wyrzucony jak stary but", choć miał właścicielkę, która go leczyła i zabiegała o jego zwrot. Bokserka Najka, której właścicielka poszukiwała rozpaczliwie, a Fundacja „Azylu pod Psim Aniołem” natychmiast wystawiła do adopcji. Skoro się zgubiła, to nie miała dobrej opieki.

- Większość wyżłów jest chuda, bo to psy ruchliwe. Więc gdy przyjechał do mnie "inspektor" w asyście policji bez wahania wyprowadziłam moją sukę przed posesję. Wtedy mi ją zabrano. Tak po prostu, bo komuś się spodobało - mówi Anna Piórko. Wyżlica „Kawa” – to akurat historia z happy-endem, jej pani nie czekała na prawne rozstrzygnięcia, zabrała psa z powrotem siłą. I trudno jest się jej dziwić. Fundacje bardzo często nie wydają psów nawet, gdy właściciel ma prawomocny wyrok sądu.

- Organizacje prozwierzęce potrzebują zwierząt, którym mogłyby pomagać, bo od tego zależy ich byt– tłumaczy Michał Kowalski. – Teoretycznie psów nie brakuje, w schroniska jest ich ok. 100 tys., ale co innego wsiowy burek, a co innego wyrzucony z auta west. Bo o ile pomoc z publicznych środków liczona jest „od ogonka”, to najwięcej pieniędzy ze zbiórek mają ci, którzy potrafią poruszyć ludzkie serca.

Kat, ślad i ofiara

Udana zbiórka, jak mówi Michał Kowalski, to taka w której występują trzy elementy. Kat, ślad i ofiara. Zwierzę musi być pokrzywdzone przez człowieka - i tak się pisze w ogłoszeniach nawet, jeśli obrażenia powstały w szamotaninie z innym psem. Ale właściciela można równie dobrze oskarżyć o nowotwór, zbyt długie pazury czy kamień na zębach. Obrażenia lub dolegliwości muszą dać się ładnie pokazać na zdjęciu. Mile widziane jest skrajne wygłodzenie czy amputowana kończyna. I po trzecie – pies musi mieć w sobie coś z ofiary, dobrze gdy jest rasowy, ma słodka mordkę lub, w najgorszym wypadku jest tak brzydki, że aż piękny.

Idealnym kandydatem był uroczy bokser Piorun. Bezdomny pies trafił do kliniki weterynaryjnej w Łodzi. Trzeba mu było amputować nogę i prącie – leczenie odbyło się na koszt gminy. Gdy doszedł do siebie i zaczął biegać na trzech łapach, bardzo szybko znalazła się pani chętna go adoptować. Kilka dni później weterynarz, który go operował, zobaczył ogłoszenie, że Fundacja SOS Bokserom zbiera na leczenie Pioruna. - Podejrzewamy, że pani, której go wydaliśmy była podstawiona – mówią w łódzkim hoteliku, gdzie pies przebywał. Pies miał mieć dom. Zamiast tego brał udział w publicznych zbiórkach, w pełnym upale, pod opieką obcej osoby. Ale jego widok musiał łapać za serce.

Chemioterapia i przycięcie pazurów

Weterynarze niechętnie krytykują swoich kolegów po fachu. Ale, owszem, w środowisku dużo się mówi o uporczywej terapii, niepotrzebnych operacjach, drogich i bolesnych pakietach badań, które fundują terminalnie chorym zwierzętom fundacje.

Maltańczyk Killer, którego fundacja przejęła pod nieobecność przebywającej na porodówce właścicielki, został natychmiast zakwalifikowany do operacji stawów kolanowych. A w dalszej kolejności miała być mu niezbędna operacja śledziony i niewykluczona chemioterapia. - Spotkałam się z przypadkiem fundacji, która szczeniakowi ze skomplikowaną wadą serca przez wiele tygodni fundowała transfuzje krwi, oczywiście za zbierane od internautów pieniądze. Moim zdaniem to wyczerpuje znamiona paragrafu o znęcaniu – mówi warszawska weterynarz. Nie chce ujawnić nazwiska. Boi się.

Michał Kowalski tłumaczy, że obrońcy zwierząt mają dobrych prawników. On sam dostaje mnóstwo gróźb. Miłosław Nowicki i jego żona, właściciele Gaby, suki owczarka środkowoazjatyckiego, której nie chce oddać fundacja „Duch Leona”, już mają sprawę w prokuraturze. - A niech mnie pozywają - mówi Miłosław Nowicki. I tłumaczy, że oczywiście najważniejsza sprawa to odzyskanie Gaby. Ale też, nie może się pogodzić z bezczelnością fundacji, która psa mu "zwinęła", gdy pojechał po dokumenty potwierdzające, że jest właścicielem i wywiozła na drugi koniec Polski. - Proszę sobie wyobrazić, że ci ludzie zaczęli zbiórkę pieniędzy zanim jeszcze psa mieli. Wrzucili do internetu zdjęcie zrobione przez znalazcę Gaby z apelem o pilną pomoc - denerwuje się. Więc czemu nie, on się chętnie spotka w sądzie.

Szefostwo "Ducha Leona" wystąpiło do prokuratury, by za naruszenia dobrego imienia i wizerunku fundacji ścigała Nowickiego, jego rodzinę i znajomych z urzędu.

Zwyczajowo fundacje zgłaszają na policję przypadek znęcania się nad zwierzęciem i jednocześnie wniosek do gminy o odebranie go właścicielowi. W pierwszym przypadku grozi wyrok karny (do 3 lat) i grzywna, a w drugim, na podstawie decyzji administracyjnej możemy być obciążeni kosztami utrzymania i leczenia psa. Wiele osób, zwłaszcza starszych i uboższych, nie podejmuje nierównej walki z fundacjami.

Obrońcy zwierząt chcą więcej

W grudniu na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt przedstawiciele organizacji prozwierzęcych przedstawili swoje propozycje zmian w ustawie. Po pierwsze za znęcanie ich zdaniem powinien być uznany każdy przypadek przemocy wobec psa (w tej chwili ustawowy zapis mówi tylko o biciu z wykorzystaniem ostrych narzędzi, powodującym duży ból). Oznacza to, że jeśli pacniemy gazetą psa wyjadającego kotlety będzie nam… groziło więzienie. Zagrożone karą ma być też używane kolczatki. Działacze chcą też by karane było ” świadome zaniechanie podjęcia lub kontynuowania leczenia zwierzęcia w przypadku stanu lub choroby, które powodują ból lub cierpienie lub prowadzą albo mogą prowadzić do jego śmierci”. Jeśli taka zmiana zostanie wprowadzona właściciele chorych psów będą zobligowani do uporczywej terapii. – To będzie woda na młyn nieuczciwych fundacji – ocenia Kowalski.

Co roku na poprawę losu bezdomnych zwierząt w Polsce przeznaczamy ok. 200 mln zł. Składają się na to pieniądze samorządów zobligowanych do opieki nad czworonogami, darowizny osób prywatnych i instytucji oraz odpisy 1 proc. podatków. Tylko z tych ostatnich niektóre z nich dostają po kilka, kilkadziesiąt milionów rocznie. Co się dzieje z tymi pieniędzmi, nie do końca wiadomo. Co prawda organizacje prowadzące publiczne zbiórki muszą publikować swoje sprawozdania finansowe, ale nie ma w nich informacji ile zwierząt skorzystało na ich pomocy, ile zwierząt znajduje się pod ich opieką, gdzie się znajdują, jaka jest śmiertelność wśród podopiecznych.


Źródło: http://wiadomosci.wp.pl/kat,143608,t...?ticaid=11880e
Kati jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
Odpowiedz

Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie możesz zakładać nowych tematów
Nie możesz pisać wiadomości
Nie możesz dodawać załączników
Nie możesz edytować swoich postów

BB Code jest Włączony
EmotikonyWłączony
[IMG] kod jest Włączony
HTML kod jest Wyłączony

Skocz do forum


Czasy w strefie GMT +1. Teraz jest 17:58.



Powered by vBulletin® Version 3.8.6
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Tłumaczenie: vBHELP.pl - Polski Support vBulletin